Dopiero gdy odłożyłam ostatnią książkę i spojrzałam na lipcowe lektury z pewnego dystansu, zauważyłam coś, czego wcześniej zupełnie nie planowałam. Nie wybierałam książek według jednego klucza. Sięgałam po powieści historyczne, thrillery i literaturę obyczajową. A jednak niemal każda z nich opowiadała o kobietach. Kobietach, które dźwigały ciężar wojny i jej konsekwencji. Kobietach próbujących odnaleźć własną tożsamość. Matkach chroniących dzieci. Córkach szukających prawdy. Bohaterkach, które mimo bólu, straty i rozczarowań wciąż próbowały iść naprzód.
Każda z tych historii była inna, ale wszystkie pozostawiły mnie z podobną refleksją – największe bitwy bardzo często toczą się z dala od pola walki.
Kobiety, które musiały zmierzyć się z historią
„Popołudnia jak gorzka czekolada”, Sabina Waszut

„Popołudnia jak gorzka czekolada” to piękne zakończenie historii o rodzinie, pracy, miłości i odpowiedzialności za to, co zostawiamy kolejnym pokoleniom.
Każdy tom tej sagi ma swój własny smak. Dopiero razem tworzą opowieść, którą naprawdę warto przeżyć od pierwszej do ostatniej strony.
I chyba właśnie za to najbardziej polubiłam rodzinę Consonnich.
Pełną recenzję tej książki znajdziecie na blogu.
„Kasandra w ruinach. Tom 2”, Magda Knedler

Drugi tom dylogii Magdy Knedler przenosi akcję do 1944 roku, w sam środek powstania warszawskiego. Miasto rozpada się na oczach swoich mieszkańców, a każdy kolejny dzień przynosi strach, śmierć i niepewność. Autorka prowadzi dalej historię Kasandry i Staszka, ale tym razem ich losy rozgrywają się w rzeczywistości, w której każda podjęta decyzja może oznaczać życie lub śmierć.
Pełną recenzję tej książki również znajdziecie na blogu.
„Nocami krzyczą sarny”, Katarzyna Zyskowska

Na temat przesiedleń z tzw. Ziem Odzyskanych nie pisze się w Polsce zbyt wiele. Kiedy czytałam „Nocami krzyczą sarny”, nie raz wracałam myślami do bohaterki niemieckiej powieści, o której pisałam pracę magisterską. Kobiety zmuszonej do ucieczki z rodzinnego domu. Może dlatego ta historia poruszyła mnie jeszcze mocniej.
Maria. Marianka. Mareike. Trzy kobiety. Trzy splątane losy. Trzy traumy, które tkwią jak drzazgi i nie pozwalają normalnie żyć. Każda nosi w sobie ból, strach i tęsknotę za miejscem, które kiedyś było domem. Milczą, bo łatwiej jest nie wracać do tego, co odebrało im poczucie bezpieczeństwa. Ale przeszłość i tak nie pozwala o sobie zapomnieć.
Ta historia rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych, a jej cichym bohaterem są Góry Sowie. Mgła, lasy, opuszczone gospodarstwa i wszechobecna cisza budują atmosferę niepokoju, która towarzyszy od pierwszych stron. Nocny krzyk saren staje się symbolem bólu, strachu i cierpienia kobiet, którego przez lata nikt nie chciał usłyszeć.
Katarzyna Zyskowska nie szuka prostych podziałów na dobrych i złych. Pokazuje, że wielka historia nie pyta o narodowość. Zabiera ludziom domy, odbiera poczucie bezpieczeństwa i zostawia z traumą, której nie da się po prostu wymazać. Zostają wspomnienia, poczucie wykorzenienia i codzienność budowana na cudzych fundamentach, w cudzych domach, z cudzymi sprzętami.
Autorka misternie splata losy trzech kobiet, stopniowo odsłaniając kolejne tajemnice. A klimat Gór Sowich sprawia, że napięcie nie opuszcza czytelnika do ostatniej strony. To nie jest książka o wojnie. To książka o tym, co wojna robi z człowiekiem długo po tym, gdy milkną działa.
Piękna, poruszająca i bardzo potrzebna powieść. Historia, która boli, zachwyca i porusza jednocześnie. O pamięci, tożsamości i utraconym domu. O kobietach, które próbują żyć mimo wszystkiego, co je spotkało. Bo wojny prowadzą mężczyźni, ale to kobiety bardzo często płacą za nie najwyższą cenę.
„Róża”, Anna Rybakiewicz

„Róża” Anny Rybakiewicz to powieść, w której autorka ponownie sięga po dobrze znany sobie schemat. Jest powrót do przeszłości, są czasy II wojny światowej, polsko-niemiecka miłość i uczucie, które może kosztować życie. Losy Róży – Almy Rose splatają się z dramatycznymi wydarzeniami historii, a całość opowiedziana jest na dwóch płaszczyznach czasowych – rozwiązaniu, które Anna Rybakiewicz opanowała naprawdę dobrze.
To książka pełna emocji. Nie brakuje wzruszeń, bólu, tęsknoty i rodzinnych tajemnic. Są niewybaczone krzywdy, narodowe uprzedzenia i dwoje młodych ludzi, których dzieli właściwie wszystko, a mimo to próbują ocalić swoje uczucie.
Czytało mi się ją dobrze i z przyjemnością. To jedna z tych historii, które świetnie sprawdzą się podczas letniego popołudnia z książką pod parasolem.
Muszę jednak przyznać, że tym razem zabrakło mi elementu zaskoczenia. Miałam wrażenie, że tę historię już gdzieś czytałam. Wiele motywów wydało mi się znajomych, a zakończenia domyśliłam się dość szybko. Nawet bardzo cukierkowy finał nie pozostawił mnie z refleksją, ale podejrzewam, że nie taki był zamysł tej powieści. Miała przede wszystkim wzruszać i dawać nadzieję.
Dlatego choć mnie pozostawiła z lekkim niedosytem, jestem przekonana, że miłośnicy powieści historycznych i wierni czytelnicy Anny Rybakiewicz odnajdą w Róży wszystko to, za co cenią jej twórczość.
A Wy lubicie, kiedy autorzy pozostają wierni sprawdzonemu schematowi, czy oczekujecie, że z każdą kolejną książką czymś Was zaskoczą?
Kobiety szukające własnego miejsca
„Niewidoczna góra”, Caro De Robertis

„Niewidoczna góra” Caro De Robertis zabiera czytelnika do Urugwaju – kraju odległego geograficznie, a w polskiej literaturze niemal nieobecnego. To wielopokoleniowa saga, w której los jednej rodziny splata się z burzliwą historią XX wieku, prowadząc również przez wydarzenia rozgrywające się w sąsiedniej Argentynie.
Historia rozpoczyna się 1 stycznia 1900 roku w Tacuarembó. Mieszkańcy miasteczka są świadkami wydarzenia uznanego za cud – na drzewie odnajdują zaginioną dziewczynkę. Odrzucona przez ojca Pajarita trafia pod opiekę zielarki. To właśnie od niej zaczyna się opowieść o rodzie kobiet, które przez kolejne pokolenia będą walczyć o miłość, godność i prawo do decydowania o własnym życiu.
Pełną recenzję znajdziecie na blogu.
„Jedno małe kłamstwo”, Lauren Weisberger

Im jestem starsza, tym mniej zazdroszczę ludziom, którzy – przynajmniej z pozoru – mają wszystko.
Piękne domy, świetne kariery, rozpoznawalność, pieniądze. Z zewnątrz wygląda to jak życie marzeń. Lauren Weisberger w „Jednym małym kłamstwie” pokazuje jednak, że za idealnym obrazkiem bardzo często kryje się coś zupełnie innego.
Po sukcesie „Diabeł ubiera się u Prady” z ciekawością sięgnęłam po kolejną książkę autorki. Liczyłam na błyskotliwą historię i bohaterów, którzy nie będą jednowymiarowi.
Tym razem poznajemy dwie siostry. Peyton jest znaną prezenterką telewizyjną, Skye mieszka na ekskluzywnych przedmieściach Nowego Jorku. Obie osiągnęły to, o czym wiele osób marzy. Problem w tym, że same wcale nie czują się szczęśliwe.
Weisberger celnie pokazuje, że największym wrogiem bohaterów nie jest brak pieniędzy, lecz wieczny niedosyt. Kiedy osiągają jeden cel, natychmiast pojawia się następny. Wyższa oglądalność. Lepsza figura. Większy dom. Kolejny sukces. Patrząc na bohaterów, ani przez chwilę nie pomyślałam: „Chciałabym tak żyć”. Wręcz przeciwnie.
Paradoksalnie najbardziej dojrzałą bohaterką okazała się Max, nastoletnia córka Peyton. To jej kibicowałam od początku do końca. Kiedy dorośli wikłają się w decyzje napędzane ego i chęcią utrzymania perfekcyjnego wizerunku, ona po prostu próbuje odnaleźć własną drogę.
To nie jest książka bez wad. Momentami tempo zwalnia przez przydługie opisy, a zakończenie wydało mi się trochę zbyt przewidywalne i zbyt wygładzone.
Mimo wszystko czytało mi się ją naprawdę dobrze. To jedna z tych powieści, które nie fundują wielkich zwrotów akcji, ale pozwalają na chwilę zanurzyć się w świecie pełnym pozorów i zadać sobie pytanie, ile jesteśmy w stanie poświęcić, by podtrzymać obraz idealnego życia.
Kiedy prawda okazuje się zupełnie inna…
„Jak we mgle”, Sarah Pekkanen

To jedna z tych książek, które bardzo sprytnie wykorzystują oczekiwania czytelnika. Początkowo wydaje się dramatem rodzinnym, później zamienia się w świetnie skonstruowany thriller psychologiczny. Najciekawsze było dla mnie to, jak z każdą stroną zmieniało się moje spojrzenie na Ruth i Catherine.
Pełną recenzję znajdziecie na blogu.
Podsumowanie
Lipiec przypomniał mi, że najciekawsze bohaterki wcale nie muszą być niepokonane.
Wręcz przeciwnie.
Najbardziej zapamiętałam kobiety, które się bały, popełniały błędy, nosiły w sobie traumę, traciły dom, walczyły o dzieci, próbowały zrozumieć własną przeszłość albo po prostu znaleźć swoje miejsce w świecie.
Dopiero kiedy spojrzałam na wszystkie przeczytane książki razem, zauważyłam, że każda z nich opowiadała właśnie o takich bohaterkach. I chyba dlatego ten czytelniczy lipiec zostanie ze mną na długo.
Jeśli jesteście ciekawi, jakie książki towarzyszyły mi w lipcu na czytniku, zajrzyjcie również do cyklu „Czytnik, kawa i emocje”. Tam czeka kolejna porcja czytelniczych odkryć.

Autorka: Joanna Tkacz
Lubię historie, które zostają w głowie na dłużej.
Czytam dużo, ale wybieram uważnie – najczęściej thrillery, powieści historyczne, biografie i obyczajowe.
Swoimi wrażeniami dzielę się na blogu i w mediach społecznościowych, łącząc czytanie z fotografią.
Podobało Ci się?
Jeśli chcesz przeczytać inne moje recenzje książek, zajrzyj do mojego bloga.
