Lipiec nie był miesiącem lekkich historii. Na moim czytniku pojawiły się książki, które na różne sposoby opowiadały o traumie, zemście, uprzedzeniach i konsekwencjach decyzji podejmowanych wiele lat wcześniej. Choć większość z nich można zaliczyć do thrillerów lub kryminałów, w każdej z nich najważniejsi okazali się ludzie i ich wybory.
To był też miesiąc pełen czytelniczych kontrastów. Jedne książki od pierwszych stron wciągnęły mnie bez reszty, inne wymagały cierpliwości, a jedna okazała się rozczarowaniem. Były historie, które zostaną ze mną na długo, ale i taka, o której prawdopodobnie szybko zapomnę.
Zapraszam na lipcowe podsumowanie czytnika.
„Pocałunek na pożegnanie”, Lisa Gardner

Afganistan. Kabul. Miejsca, które dla wielu kobiet z dnia na dzień przestały być domem. Praca dla Amerykanów oznaczała wyrok śmierci, więc pozostawała tylko ucieczka. Obozy dla uchodźców, lata niepewności, przemoc i życie w warunkach, które trudno sobie wyobrazić.
Jedną z tych osób jest Sabera Ahmadi. Młoda Afganka o niezwykłym talencie językowym. Najpierw ciężarna, potem z maleńkim dzieckiem na rękach. Naznaczona traumą i wciąż ścigana przez ludzi, przed którymi próbowała uciec.
Lisa Gardner od lat należy do grona moich ulubionych autorek. Przeczytałam niemal wszystkie jej książki i niezmiennie podziwiam sposób, w jaki buduje napięcie i tworzy bohaterów dalekich od doskonałości.
Frankie Elkin jest właśnie jedną z takich postaci. Nie jest policjantką ani prywatną detektyw. To kobieta walcząca z własnym uzależnieniem, która szuka zaginionych ludzi, choć nikt jej za to nie płaci. Robi to, bo nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego cierpienia.
Tym razem trafia do gorącego Tucson i zamkniętego świata afgańskich imigrantów. Ma odnaleźć Saberę, która znika bez śladu, zostawiając męża i czteroletnią córkę. Co ciekawe, zaginięcia nie zgłasza mąż, lecz przyjaciółka przekonana, że Sabera nigdy dobrowolnie nie opuściłaby własnego dziecka.
To śledztwo bardzo szybko okazuje się czymś znacznie większym niż poszukiwanie jednej kobiety.
„Pocałunek na pożegnanie” to thriller, który trzyma w napięciu, ale jednocześnie opowiada o traumie, stracie i desperackiej walce o przetrwanie. Lisa Gardner po raz kolejny pokazuje, że za każdą zagadką kryminalną stoją przede wszystkim ludzie i ich historie.
Bardzo podobało mi się również to, że mimo ciężaru tej opowieści autorka zostawiła miejsce na oddech. Frankie i jej spotkania z legwanem czy pytonami potrafią rozładować napięcie w idealnym momencie.
Ogromnym atutem są też bohaterowie drugoplanowi. Daryl, Genni, Bart i cała ta nietypowa grupa ekscentryków wniosła do tej historii mnóstwo ciepła. Tajemniczy szofer, zwariowana kucharka, introwertyczny właściciel domu i urocze zwierzaki sprawili, że obok mroku znalazło się miejsce na życzliwość, humor i nadzieję.
To jedna z tych książek, które zostają w głowie nie tylko przez samą zagadkę, ale przede wszystkim przez ludzi, których spotykamy po drodze.
„Kataklizm dusz”, David Baldacci

Czy można mówić o sprawiedliwym procesie, gdy o wyroku od początku zdaje się decydować kolor skóry?
Jestem fanką thrillerów prawniczych, także tych osadzonych na amerykańskim Południu. „Czas zabijania” czy „Zabić drozda” czytałam wielokrotnie, dlatego z dużymi oczekiwaniami sięgnęłam po „Kataklizm dusz” Davida Baldacciego. I nie zawiodłam się.
Akcja rozgrywa się pod koniec lat 60. XX wieku. Segregacja rasowa została już wprawdzie zniesiona, ale na Południu niewiele się zmieniło. Kiedy dochodzi do brutalnego morderstwa zamożnego białego małżeństwa, podejrzenie automatycznie pada na ich czarnoskórego pracownika. Czy w starciu z rasistowskim prokuratorem, białą ławą przysięgłych i systemem pełnym uprzedzeń ma on jakiekolwiek szanse na uczciwy proces?
Obrony podejmuje się Jack Lee – lokalny prawnik, który dotąd nie sprzeciwiał się panującym zasadom. Szybko przekonuje się jednak, że ta sprawa może kosztować go nie tylko karierę, ale także zdrowie i życie. Gdy dołącza do niego czarnoskóra prawniczka Desiree DuBose, oboje stają się celem gróźb, napaści i kolejnych aktów przemocy. Ich relacja jest jednym z najmocniejszych elementów tej powieści. Pochodzą z zupełnie różnych światów, mają odmienne doświadczenia i własne uprzedzenia, ale potrafią wznieść się ponad nie w imię walki o sprawiedliwość.
Baldacci stworzył znacznie więcej niż thriller prawniczy. Tytułowym kataklizmem są ludzkie uprzedzenia – głęboko zakorzenione, niszczące i często silniejsze niż prawo. Autor świetnie pokazuje moralne dylematy bohaterów, a napięcie buduje nie efektownymi zwrotami akcji, lecz gęstą atmosferą, poczuciem zagrożenia i świadomością, że w tym świecie sprawiedliwość nie jest dana każdemu.
Ciężko mi było tę książkę odłożyć. Do samego końca nie wiedziałam, czy prawda zdoła przebić się przez mur nienawiści i czy oskarżony rzeczywiście okaże się niewinny.
To poruszająca historia, zmuszająca do refleksji i zadumy. Dla nas, Europejczyków, niektóre wydarzenia mogą wydawać się wręcz niewiarygodne, bo nie mamy doświadczeń z segregacją rasową na taką skalę. A jednak to właśnie ona sprawia, że ta opowieść wybrzmiewa tak mocno.
„Porzucone dziecko”, Marcel Moss

To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcela Mossa i niestety nie okazało się udane.
Punktem wyjścia jest historia chłopca porzuconego przy drodze, który po latach wraca, by rozliczyć się z przeszłością. Motyw traumy z dzieciństwa i zemsty miał duży potencjał, ale w moim odczuciu nie został wykorzystany.
Największym problemem okazał się główny bohater. Kornel jest tak zaślepiony pragnieniem odwetu, że cierpienie jego ciężko chorej żony i córki schodzi na dalszy plan. Rozumiem źródło jego bólu, jednak jego decyzje i zachowanie wydały mi się mało wiarygodne. Zamiast współczuć, coraz częściej odczuwałam irytację.
Nie przekonały mnie również psychologiczne portrety postaci. Ich motywacje wydawały się przerysowane, a wiele wydarzeń sprawiało wrażenie podporządkowanych wyłącznie efektowi zaskoczenia, a nie wewnętrznej logice historii. W rezultacie nie uwierzyłam ani bohaterom, ani opowiedzianej historii.
Miał być thriller psychologiczny, który skłoni do zastanowienia się nad tym, jak dziecięce traumy wpływają na dorosłe życie. Zamiast tego dostałam historię, której bohaterom i ich decyzjom po prostu nie potrafiłam uwierzyć.
„Gołoborze”, Maciej Siembieda

Czy zdarzyło się Wam czekać na kolejną książkę ulubionego autora, a potem odkryć, że dostaliście coś zupełnie innego, niż się spodziewaliście?
Bardzo lubię książki Macieja Siembiedy. Uwielbiam serię z Jakubem Kanią, dlatego po „Gołoborze” sięgnęłam z ogromnymi oczekiwaniami. I chyba właśnie one okazały się moim największym przeciwnikiem.
Spodziewałam się kryminału. Tymczasem dostałam wielopokoleniową opowieść o zemście, nienawiści i honorze, które przechodzą z ojca na syna niczym rodzinne dziedzictwo. W świętokrzyskich lasach, w cieniu Łysej Góry, dwa rody od pokoleń prowadzą krwawą wojnę. Tutaj wyrok wymierza się osobiście, a nazwisko potrafi być przekleństwem.
Wejście w tę historię kosztowało mnie naprawdę sporo cierpliwości. Początek był trudny i przez moment wydawało mi się nawet, że będzie to moje pierwsze DNF Siembiedy. Powieści historyczne nie należą do moich ulubionych, dlatego ponad pięćset stron rodowej zemsty, noży i kolejnych morderstw momentami było dla mnie po prostu zbyt dużo.
Jednocześnie nie mogę odmówić autorowi tego, z czego słynie. Research jest imponujący, a sposób, w jaki splata prawdziwe wydarzenia historyczne z fikcją, robi ogromne wrażenie. Świętokrzyskie legendy, kolejne przełomowe momenty w historii Polski i obraz zamkniętej społeczności tworzą niezwykle sugestywny klimat.
Najbardziej zabrakło mi bohaterów, z którymi mogłabym się związać. W przeciwieństwie do serii z Jakubem Kanią nie znalazłam tu postaci, które przeszłyby prawdziwą przemianę i zostały ze mną na dłużej.
Mimo rozczarowania przeczytałam książkę do końca. Chciałam wiedzieć, dokąd zaprowadzi ta historia. I uświadomiła mi jeszcze jedną rzecz – jak dobrze, że żyjemy w czasach, w których honor coraz rzadziej mierzy się ilością przelanej krwi. Bo „Gołoborze” pokazuje, że świat potrafi zmieniać się szybciej niż ludzie. A niektóre wojny toczą się tak długo, aż nikt nie pamięta, od czego właściwie się zaczęły.
Podsumowanie
Lipiec przypomniał mi, że dobra książka nie zawsze jest tą, która dostarcza największej liczby zwrotów akcji. Częściej zostają ze mną historie, które zmuszają do zadawania pytań i pokazują, jak skomplikowana potrafi być ludzka natura.
Największe wrażenie zrobiły na mnie „Pocałunek na pożegnanie” Lisy Gardner i „Kataklizm dusz” Davida Baldacciego. Choć różnią się fabułą i tempem, obie opowiadają przede wszystkim o ludziach próbujących zachować człowieczeństwo w świecie pełnym przemocy, strachu i niesprawiedliwości.
„Gołoborze” uświadomiło mi z kolei, jak ogromny wpływ na odbiór książki mają nasze oczekiwania. Gdybym nie czekała na kolejny kryminał Macieja Siembiedy, być może tę historię odebrałabym zupełnie inaczej.
Nie każda lektura okazała się sukcesem. „Porzucone dziecko” nie przekonało mnie ani bohaterami, ani sposobem poprowadzenia historii. I chyba właśnie takie książki są najlepszym dowodem na to, że nawet w ulubionym gatunku nie każda opowieść wywoła te same emocje.
Na tym polega urok tego cyklu. Jedne książki zostają ze mną na lata, inne tylko na kilka dni. Ale każda z nich wnosi coś do mojego czytelniczego miesiąca i sprawia, że kolejny raz z ciekawością sięgam po następną historię.
Podobało Ci się?
Jeśli chcesz przeczytać inne moje recenzje książek, zajrzyj do mojego bloga.
